Wczoraj przytargałam z lumpeksu tyciego, futrzastego mattelka (i jeszcze kilka fajnych rzeczy). Był tani jak barszcz i słodziutki jak nie wiem co. Jest malusi, do niczego mi nie pasuje, taki kolejny rodzynek, ale jest to najbardziej jesienna lalka w mojej kolekcji. Pojawił się w dwóch wersjach: niebiesko- i brązowookiej.
Panie i Panowie, Tommy as Ivan the Porcupine z baletu "Jezioro Łabędzie"!
Hasło "porcupine" to nazwa amerykańskiego gryzonia podobnego do naszego rodzimego jeża, a oznacza mniej więcej świnko-sosnę :P
Co ma świnko-sosna do rosyjskiego baletu? Nie wiem. Pewnie nawet twórcy filmu "Barbie z Jeziora Łabędziego" nie wiedzą. W każdym razie laleczka nijak nie przypomina tej świnko-sosny czy nawet samego jeża, bo ma bardzo duży, zupełnie nie jeżowaty, futrzasty ogonek. Z wyglądu bardziej przypomina liska albo wypłowiałą wiewiórkę, dlatego na potrzeby niniejszego posta postanowiłam ochrzcić malucha po prostu Futrzaczkiem.
Zdjęcia robiłam w deszczu, więc nie są najlepszej jakości, za co przepraszam.
Tak jak napisałam wyżej - to najbardziej jesienny "okaz" w mojej kolekcji :)
